NIe tak dawno rynkami finanswymi, i to w skali globalnej, wstrząsnęła nieodpowiedzialna wypowiedź nowego węgierskiego szefa kancelarii premieraMihaly'ego Varga.Kierując się partykularnymi, partyjnymi, politycznymi interesami oskarżył lewicowych poprzedników o doprowadzenie Węgier na skraj bankructwa. Mówił między innymi: 

Węgierska gospodarka jest w dużo gorszym stanie niż zapewniali socjalistyczni przywódcy, którzy kierowali Węgrami przez osiem lat. Prawdopodobnie Węgry będą musiały ustawić się w kolejce za Grecją (...) Węgrom grozi bankructwo. Jesteśmy niewypłacalni. Sytuacja jest dużo gorsza niż sądziliśmy. W najbliższych dniach zostanie ogłoszony "kryzysowy scenariusz na najbliższe dwa lata.

Później okazało się, że ta wypowiedź była obarczona bardzo dużą doza przesady. Ale rynki w informację umeirzly i panicznie pozywały się papierów z giełdy Węgierskiej, innych giełd regionu, a globalnie dało się zauważyć wzrost awersji do ryzyka.

Dziś przeczytałem taką wypowiedź ministra finansów RP Jacka Rostowskiego:

Uważam, że wybór Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta zagraża stabilności finansowej i gospodarczej Polski. Widać to w jego wypowiedziach, w których sugeruje, że PO jest partią skrajnie liberalną, co jest tworzeniem podstaw pod weta dla ustaw proponowanych przez rząd.

Nieodpowiedzialność może nie tak duża, jak węgierska ale fakt, że szermuje się tego typu argumentami w walce strictepolitycznej, niedobrze świadczy o ministrze finansów. Mówienie o zagrożeniu stabilności finansowej (czyżby finanse i polityka budżetowa nie były domeną rządu? PO może sobie w budżecie uchwalić co im się żywnie podoba, skoro przeydenckie weto nie może dotyczyć budżetu!) i gospodarczej w tak gorących czasach na międzynarodowych rynkach woła o pomstę do nieba.

WIG20 traci dziś niecały 1%, nie ma podstaw do powiązania tego faktu z wypowiedzią ministra. Ale nakręcanie fobii przed Kaczyńskim, gdyby rzeczywiście prezydentem został, na pewno Polsce się nie przysłuży. Tym bardziej, że ostatnie tygodnie pokazują, jaka jest waga słów na rynkach finansowych. Przypominam panu ministrowi, że gigantyczny, ten zaplanowany i ten niezaplanowany deficyt finansów publicznych będzie musiał pokryć zaciąganiem kolejnych długów.Jako ekonomista i człek rozsądny pewnie doskonale rozumie, że państwo którego "stabilność finansowa i gospodarcza jest zagrożona", musi więcej płacić swoim wierzycielom.

Czy wybierając się po kredyt do banku powiedzielibyście agentowi: "Proszę pana, źle się u nas w domu dzieje, nic się nie zmiania, rozdawnictwo sę szerzy (wszystko idzie na keiszonkowe!). Ale niech się Pan nie martwi, to wszystko przez naszą okropną złą i niepoprawnie nieliberalną Głowę Rodziny. To jak będzie z naszym kredytem?"